Kilka pomaratońskich przemyśleń za mną. Czas napisać krótką recenzję samego biegu, organizacji i ocenić co poszło fajnie a co mniej fajnie, że tak optymistycznie napiszę. Na początek cofnę się do dnia poprzedzającego, kiedy to pojechaliśmy z synkiem Piotrusiem do szpitala. Cierpiał okropnie przez 2 dni poprzedzające decyzje o wizycie u lekarza. Jak to w naszej służbie zdrowia czekaliśmy 4 godziny ale udało się wyperswadować lekarzowi aby Piotrek nie trafił do szpitala. Po tych przebojach szpitalnych głodny jak wilk rzuciłem się na pyszny makaron ze szpinakiem i wyjątkowo zmęczony udałem się w tzw. „kimę”. Spałem jak zabity 6 godzin i to z powodzeniem mi wystarcza.

Rano pobudka, lekkie śniadanie i już jestem u Michała w aucie, którym prujemy do centrum. Tam przesiadka na nogi i most Poniatowskiego z buta. Gawędzimy sobie i czas szybko mija. Na stadionie szybko wskakujemy w ciuszki sportowe i kierujemy się na linię startu. Wcześniej jeszcze kolejna wizyta w toalecie, lekka rozgrzewka i czekamy na start. W tym miejscu poleciał Czesław Niemen Sen o Warszawie, który w mojej ocenie nie jest najlepszą muzą pod start, ale jak taka tradycja to co mi tam? Ścierpię!

3,2,1 start. Biegniemy sobie spokojnie, tętno niskie. Omijamy stadion, biegniemy Aleją Zieleniecką, ulicą Francuską. Póki co, tętno jest jak najbardziej ok. Lewa noga tak jak przewidziałem, rozgrzała się i nie czuję tego kłucia w lewym achillesie, który do niedawna potrafił na treningach przerodzić się w ból. Jest git! Lecimy 4:30 z tętnem 155-158. Biegnę oczywiście wspólnie z Michałem. Wracamy w stronę stadionu Wałem Miedzeszyńskim, wiatr lekko dmucha w nos tempo lekko spada. Na trasie dość luźno. Trzymamy równe tempo, mijamy stadion i wbiegamy na most świętokrzyski. Tutaj rozbawił mnie baner kibiców z byłym premierem Tuskiem pod którym podpisane był „do mety już niedługo zapewniam”, czy coś w tym stylu -nam zostało prawie 30 km. W takim mniej więcej nastroju biegnę do 25 km. Trzymamy w miarę równe tempo, chociaż raz ja a to raz Michał zerwiemy lekko tempo na fali wspaniałego dopingu ale kontrolujemy sytuację. Po 25 km ni z tego ni z owego zaczyna bolec mnie achilles … prawy, szok – ten mnie przecież nie bolał! Na początku tak jak w lewym to raczej nie ból ale raczej kłucie ale po kilku kolejnych kilometrach zaczął dokuczać mi na poważnie. Chyba zaczynam lekko kuśtykać. Przy punkcie medycznym obsługa schładza mi sprayem ścięgno i tak na 1 km wystarcza. W tak zwanym „między czasie” korzystam ekspresowo z toalety. Wracając na stadion już jest masakra, achilles rwie jak szalony. Na moście Gdańskim łapie mnie skurcz, najpierw w mięsień dwugłowy a potem zaraz w czworogłowy. Próbuję opanować sytuację ale jest w sumie źle. Trochę biegnę a raczej kuśtykam, trochę rozciągam mięśnie, trochę próbuję maszerować aby nie tracić czasu na stanie i rozciąganie. Taki skurcz to wynik niewłaściwego przygotowania – takie życie.

pzu-out-mwa15_13_sch_20150927_130250_1.jpg-8659

Końcówka biegu tak właśnie mi minęła. Dłużą się przez to te ostatnie kilometry jak nie wiem. Szok. To chyba mój najdłuższy maraton. Kibice jednak dzielnie wspierają i dodają otuchy, są naprawdę super. Przed stadionem byłem jeszcze świadkiem jak jeden z zawodników upada na asfalt ale sprawna obsługa medyczna szybko opanowała sytuację. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. Przed stadionem zaciskam zęby i uśmiecham się, celem oczywiście lansu, wbiegam na stadion. To w sumie najpiękniejsze w maratonie, że jak widzisz już metę to wszystko przestaje mieć znaczenie. Macham do kibiców, dziękuję za doping, robię samolot……i koniec. Jestem strasznie styrany uffff a sam sobie jestem winien, to dzięki słabemu przygotowaniu.

Po biegu spotykam Michała, który nabiegał 3:29. W dobrych nastrojach, zmęczeni ale szczęśliwi opuszczamy stadion. Mój wynik (najgorszy jaki nabiegałem ever) nie spędza mi wcale snu z powiek, nie spodziewałem się rekordu i wiedziałem na co mnie było stać. Jestem oczywiście z wyniku niezadowolony podchodząc do tego w sposób czysto liczebnikowy, ale to sprawiedliwy sport, gdzie każdy dostaje to na co zasłużył. Ja zasłużyłem na 3:36 i kropka. Cieszę się że pobiegłem, że nic poważnego mi się nie stało w ścięgno achillesa i że pomimo trudności ten start mnie cieszył i cieszy nadal. O to w tym wszystkim chodzi!

Może na kolejny maraton będę miał więcej czasu na przygotowanie, który wygospodaruje z porannych godzin i nie będzie komplikacji zdrowotnych? To przyszłość i czas to pokaże. Chciałbym, bo nie ma nic piękniejszego jak frunąć do mety na ostatnich kilometrach!

Organizację maratonu mogę ocenić jednoznacznie jako perfekcyjną. Nie mam się czego czepiać, chyba że Niemena ale jak to tradycja to trzeba to uszanować. Też przyznam szczerze, że podśpiewywałem sobie pod nosem hahaha. Doskonałe zaplecze medyczne – naprawdę!!! Fajny bajer w tunelu gdzie wyświetlane na ścianach są motywujące hasła. Wspaniały doping i punkty kibicowania. Naprawdę niezła trasa do wykręcenia dobrego wyniku. Bardzo mili wolontariusze, którzy życzą powodzenia jak oddajemy ubrania do depozytu i z uśmiechem na ustach podają wodę na punktach odżywczych. Fajny raper w drugiej części maratonu, który z głowy zapodawał super rymy. Jednym słowem rewelacja. Mogę z powodzeniem polecić wszystkim start w maratonie warszawskim.

[related_post themes=”flat”]
Share:
Autor: Paweł Zawadzki
Hej. Jestem autorem bloga runfun.com.pl. Moją pasją jest między innymi bieganie, które z przerwami (raczej mniejszymi) uprawiam od 2008 roku. Cieszę się że zajrzałeś na moją stronę. Miłej Lektury :)